Chcemy przekonywać ludzi do bycia pro-life? Najpierw przestańmy być hipokrytami

Chcemy przekonywać ludzi do bycia pro-life? Najpierw przestańmy być hipokrytami

Z pewnym poślizgiem. Bo nie chcę wchodzić w uliczne spory. Bo tam gdzie krzyczymy i się nie słuchamy wzajemnie, nie patrzymy sobie w oczy, trudno o prawdziwe dobro.

Tylko dwie myśli na spokojnie.

1) Jestem pro-life. Jestem przeciwko aborcji. Ale bycie pro-life – jak powtarzał ks. Jan Kaczkowski – nie może się kończyć na łonie matki. Musimy się troszczyć o życie od samego początku do samego końca.

Kilka dni temu napisała do mnie dobra znajoma. Napisała, że sama ma zdrowe dziecko, ale bywa w placówkach zdrowotnych i widzi, jak często rodzicie upośledzonych dzieci są pozostawieni sami sobie. Nikt im nie pomaga, nie prowadzi, są odsyłani od lekarza do lekarza, z kolejkami oczekiwań na kilka lat.

Tak więc jeśli chcemy naprawdę być pro-life, również na poziomie społecznym i prawnym, to ochrona życia od poczęcia powinna też gwarantować pomoc materialną, medyczną i psychologiczną dla rodziny, matki, ojca i ich dziecka po porodzie. Chroniąc życie dziecka tylko do jego narodzin, a zapominając o zagwarantowaniu mu i jego rodzinie późniejszej pomocy, nie jesteśmy pro-life, tylko hipokrytami z mocnymi hasłami na sztandarach.

2) Choćbyśmy przyjęli najbardziej restrykcyjne ustawy, to nie zmieni myślenia i serc. Więc jeśli naprawdę zależy nam na realnym budowaniu świata pro-life, to dobrze by było zacząć od budowania świata wrażliwego. I to najlepiej, kiedy zaczniemy od budowania własnej wrażliwości w stosunku do każdego człowieka.

Od czego zacząć? Podzielę się z Wami swoją historią, którą opowiadam w „Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”.

«Wychowałem się w porządnej katolickiej rodzinie, chodziłem do katolickiej podstawówki, potem było gimnazjum i liceum, oczywiście katolickie. Nawet w forum Frondy się zaczytywałem. Na poziomie wiedzy i zasad miałem w głowie wszystko doskonale poukładane. Łatwo przychodziło mi oceniać ludzi i wygłaszać sądy. A potem – dzięki Bogu – przyszło życie, kilka razy zaryłem gębą o ziemię i to otworzyło mi oczy. Spotkałem też ludzi, których poznanie oduczyło mnie szybkiego oceniania innych.

Łatwo jest powiedzieć o dziewczynie, która dokonała aborcji: dzieciobójczyni! Trudniej jest, gdy po raz pierwszy poznajesz konkretną kobietę i jej cholernie trudną historię. Widzisz cierpienie, dramat, który przeżyła, przyglądasz się bezradnie, widzisz, jak bardzo jest poraniona. Albo w duszpasterstwie trafiasz na homoseksualistę, który musi się ukrywać, ponieważ się boi. Widzisz przede wszystkim człowieka rozdartego wewnętrznie, który czuje się odrzucony przez wspólnotę Kościoła, do której tak bardzo chce należeć. Po takim doświadczeniu nie powiesz już nigdy o homoseksualiście „homoś” albo „pedał”. O uchodźcach łatwo mówić, że to „dzicz”, która chce zniszczyć chrześcijańską Europę. Ale gdy pojedziesz do któregoś z obozów dla uchodźców i poznasz ludzi, którzy tam mieszkają, spotkasz się z nimi, twoja perspektywa nie będzie już tak jednoznaczna.

Spotkanie twarzą w twarz, konkretne, realne, może zmienić wszystko i rozsypać w drobny mak nawet najbardziej zabetonowaną głowę, w której wszystko jest idealnie poukładane. Jestem żywym przykładem, że jest to możliwe».

 

  Więcej w książce „Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”