To jedno spotkanie zapamiętam do końca życia

To jedno spotkanie zapamiętam do końca życia

Jego nic nie było w stanie zatrzymać. Czasem rano trzeba było mu pomóc włożyć spodnie, bo tak wszystko go bolało. A i tak znowu wstawał i szedł do ludzi, bo czuł, że tak po prostu musi robić, że ma być dla ludzi do samego końca.

ŁUKASZ WOJTUSIK: A darmowe, przypadkowe spotkanie z Kaczkowskim, które stało się waszą wspólną przygodą? Na wielu poziomach wasza przyjaźń w tobie wciąż rezonuje.

PIOTR ŻYŁKA: Jan się pojawił, kiedy miałem mały kryzys życiowo-zawodowy. Coś tam już mi się udało i nagle się wszystko posypało. Miałem wiele pretensji do otoczenia. Byłem mocno zniechęcony. Robiłem się trochę zgorzkniały. I on pojawił się dokładnie w tym momencie. Znaliśmy się już trochę wcześniej z takich pracowo-medialnych kontaktów, kilka razy się widzieliśmy przy różnych okazjach, ale to jedno spotkanie zapamiętam do końca życia. Przyjechał do Krakowa odwiedzić babcię i na spotkanie z klubem „Tygodnika Powszechnego”. Po południu byliśmy umówieni w trójkę na piwo: ja, Jan i mój kolega z WAM-u Tomek Ponikło. Czekaliśmy na niego w kawiarni w Zaułku Niewiernego Tomasza. Jan przyszedł totalnie rozwalony. Kilkanaście minut wcześniej rozmawiał z lekarzem i okazało się, że ma poważne wznowienie choroby. Po chwili powiedział, że chciałby jeszcze napisać książkę, ale jeśli mamy ją zrobić, to mamy miesiąc, bo później go już raczej na tym świecie nie będzie. Kiedy spotykasz człowieka, któremu śmierć patrzy w oczy, a on idzie jak przecinak do przodu, do końca walczy o rzeczy, w które wierzy, które są dla niego najważniejsze, a przy tym wszystkim potrafi dawać nadzieję innym ludziom, to cię szybko stawia do pionu. Niedługo później siedzieliśmy w mieszkaniu w Zurychu i nagrywaliśmy rozmowy do „Petardy”. To była prawdziwa szkoła życia. Patrzysz na cierpiącego człowieka i widzisz, co tak na serio znaczy powołanie. Jego nic nie było w stanie zatrzymać. Czasem rano trzeba było mu pomóc włożyć spodnie, bo tak wszystko go bolało. A i tak znowu wstawał i szedł do ludzi, bo czuł, że tak po prostu musi robić, że ma być dla ludzi do samego końca.

 


ŁUKASZ: Mocne i szybkie przekroczenie granicy intymności, prywatności? Dwa tygodnie nagrań.

PIOTR: W Zurychu mieszkaliśmy razem we trójkę. Jan, ja i jego ojciec. W rozmowach odwaga, zero kalkulowania. Całkowita wolność w mówieniu o Kościele i o swoim życiu, w odsłanianiu najtrudniejszych rzeczy związanych z chorobą. Niesamowita relacja z ojcem, dwóch bardzo mocnych facetów, sarkastycznych, ironicznych i non stop sobie docinających, a z drugiej strony ciepłych i serdecznych w dbaniu o siebie nawzajem. Chyba nigdy wcześniej takiej pięknej, dorosłej, męskiej przyjaźni nie widziałem. A później autoryzacja w Pucku. Trzeba mu było wszystko czytać, bo miał duże problemy ze wzrokiem. Był perfekcjonistą, więc czasem jedno zdanie poprawialiśmy kilka razy. W hospicjum co chwila ktoś umiera. Czasem nawet kilka osób dziennie. Ostatnie rozmowy, namaszczenie chorych, zamknięcie oczu, wywiezienie ciała. Widziałem, że świadomie zabierał mnie wszędzie ze sobą. To był też dla mnie czas mierzenia się z tematem śmierci, przed którym tak często panicznie uciekamy. Tam się nie dało.

ŁUKASZ: Możesz powiedzieć, że byliście przyjaciółmi?

PIOTR: Nie wiem, czy nazwałbym to przyjaźnią. Bardzo rzadko używam tego słowa, a my znaliśmy się dość krótko. Na pewno bardzo się lubiliśmy. I było między nami totalne zaufanie. Opowiedział mi wiele trudnych rzeczy, których doświadczył w Kościele. Nie wszystko jest w książce. Nie wszystko się nadawało do publikacji. Poznałem jego rodzinę, fantastyczni ciepli ludzie. Był dla mnie kimś bardzo bliskim, dużo zmienił w moim życiu, ale bardziej nazwałbym go mistrzem, którego miałem ogromne szczęście poznać. Cieszę się, że mogłem mu pomóc „Petardą” zostawić po sobie coś, do czego wielu ludzi wciąż wraca i mówią, że jest to dla nich ważna książka.

 

Jan <3 #jankaczkowski

Post udostępniony przez Piotr Żyłka (@piotrekzylka)


ŁUKASZ: Czujesz odpowiedzialność za to, co po Janie pozostało?

PIOTR: Czuję, że trzeba zrobić wszystko, żeby nie zapomnieć o dwóch fundamentalnych zasadach, które nam wpajał. Po pierwsze, szacunek dla wszystkich – również niewierzących. Nawet jeśli niektórzy z nich nie mają szacunku dla nas. Mówił, że nigdy do końca nie wiemy, dlaczego ktoś jest niechętny Kościołowi, jaka jest jego historia, co stoi za jego postawą. Może został skrzywdzony, może ktoś mu dokopał (to zresztą znał z autopsji), może nie miał takiego szczęścia jak my i nie spotkał ludzi, którzy sensownie wprowadziliby go w tajemnice wiary. Dlatego zamiast oceniać i potępiać – powtarzał – powinniśmy postarać się być świadkami i szanować tych, którzy idą inną drogą niż my. Po drugie, nieudawanie, że w Kościele są sami doskonali ludzie, że nie mamy żadnych problemów i w ogóle wszystko jest super. Miał do tego mocny mandat, bo sam został ostro przeczołgany przez różne kościelne instytucje i hierarchie. Powtarzał, że kocha Kościół katolicki i to właśnie ze względu na tę miłość nie ma zamiaru udawać, że nie widzi różnych wypaczeń. Nie tolerował zamiatania trudnych spraw pod dywan. I wciąż powtarzał, że chrześcijanie nie mają monopolu na dobro. Dlatego powinniśmy być otwarci na współpracę z niewierzącymi i mieć w sobie na tyle pokory, żeby uznać, że wielu rzeczy możemy się od nich nauczyć.

 

Fragment pochodzi z książki „Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”