Pomódlmy się za Lecha Wałęsę i jego rodzinę
W poniedziałek od rana z dużym zniesmaczeniem patrzyłem, jak środowisko dziennikarskie (czyli moje środowisko) rzuciło się na wiadome papiery. Przez cały dzień zastanawiałem się, po co coś takiego robić. Czy szybkie wyrokowanie, bez poznania różnych, złożonych kontekstów jest dobre? Czy to naprawdę jest realizowanie naszej dziennikarskiej misji?
Szczególnie smutne jest dla mnie zachowanie dziennikarzy związanych z Kościołem. Bo wielu z nich też w to weszło. Czy tak ma wyglądać nasza praca? Czy tak mogą zachowywać się chrześcijanie? Myślę, że to nie jest OK. Że tak nie powinno się robić. Że to jest ohydne i odbije się nam wszystkim czkawką. Wiem o czym mówię. Sam kilka razy popełniłem w swojej pracy ten błąd. Gonienia za newsem i za sensacją. Bez spokojnego spojrzenia, bez dopuszczenia do siebie myśli, że życie jest bardzo skomplikowane i że nie wszystko rozumiem. I do dziś tych kilku momentów bardzo żałuję.
Chodziłem cały dzień z tymi pytaniami i zastanawiałem się, czy jakoś zabrać głos, czy się do tego wszystkiego ustosunkować. Już byłem prawie pewien, że sobie daruję, że to nie moje pole do działania, że nie będę się mieszać w politykę. Ale na koniec dnia, po pracy, poszedłem na mszę. Przewodniczył biskup Grzegorz Ryś. Po odczytaniu wszystkich intencji różnych księży, biskup spojrzał na ludzi zebranych w kościele i spokojnie oraz z wielką powagą powiedział: „A ja modlę się dziś za Lecha Wałęsę i jego rodzinę”.
Wyszedłem z kościoła i miałem w sobie spokój. Nie mam zamiaru wyrokować, nie mam zamiaru wchodzić w polemikę. Proszę tylko wszystkich dziennikarzy – a szczególnie tych wierzących – nie oceniajmy za szybko. Z tego nigdy nie wynika nic dobrego. Oczernia się bardzo łatwo, osądza się bardzo łatwo. Ludzi niszczy się bardzo łatwo. Tylko po co? W imię czego? W imię prawdy? Jesteście pewni na 100 procent, że dziś poznaliście prawdę? Całą prawdę?
Ja w każdym razie nie mam zamiaru brać w tym udziału. Nie tak rozumiem dziennikarstwo. A już na pewno nie tak rozumiem chrześcijaństwo. Dziś pomodlę się za Lecha Wałęsę i jego rodzinę. Tylko tyle i aż tyle.
Zachęcam też do modlitwy wszystkich moich czytelników. Niezależenie od poglądów politycznych i różnych podziałów. Oni teraz – tak po ludzku – potrzebują wsparcia.
Wydarzenie zapraszające do udziału w modlitwie:


Podobnie smutno się patrzy na osoby, które jak w ogień idą bronić Lecha Wałęsy. Nie dlatego, że mu dobrze życzą, ale tak jak napisał autor artykułu – nie znamy wielu aspektów sprawy. Z obu stron mamy więc tylko osądy, wzajemne wyzywanie się. Obie strony powinny przestać i modlić się.
Poproszę w takim razie o odpowiedź – czy dziennikarze – katolicy powinni przemilczeć fakt istnienia zobowiązania LW do współpracy z SB? Czy powinni ukrywać ten fakt? Czy ofiary donosów LW nie mają prawa rehabilitacji i poznania faktów? Czy uważa Pan, jak Pan Celiński, że „prawda nas truje”?
Dodam jeszcze, że sam od pierwszego dnia ujawnienia teczek sam również modlę się za Wałęsę, szczególnie mając na uwadze zatwardziałość w brnięciu w kłamstwo w jego wydaniu, obawiam się, że grozi mu poważne niebezpieczeństwo duchowe.
Dziekuje serdecznie, ze pan to napisal. Bez wzgledu na to, jaka jest prawda.
To jest swiadectwo chrzescijanina w tym zwariowanym swiecie. „Kto ma uszy, niechaj slucha”, szczegolnie glosu wewnetrznego, ktory (przynajmniej moj) prosi o czas, spokoj i rozwage.
Dziekuje.
Dzięki za upublicznienie swoich odczuć, też je podzielam. Często czytam ks. wypowiedzi, byłam też modlitwą przy księdza chorym ojcu i cieszę się, że są tacy odwaźni jak ksiądz. Takich ludzi jest i z pewnością będzie więcej. Bardzo łatwo kogoś zniszczyć, trudniej oczyścić… Modlę się za nich wszystkich, szczególnie za niewinnych, chociaż nie ocena świata i ludzi będzie ważna lecz Boga.
pan Piotr nie jest księdzem, chyba że coś się zmieniło od kiedy o nim czytałam 😉
Bardzo często nie jesteśmy w stanie zrozumieć co się stało, dlaczego właśnie tak, mało tego, nigdy tego nie zrozumiemy ! oceniamy emocjonalnie, często krzywdząc tych których temat dotyczy. Jak jest prawda ? nie wiem tego ja, nie wiesz tego Ty czytelniku, Wie tylko zainteresowany. i to on sam powinien w swoim sercu dać odpowiedź.
trudno o to, jeśli tysiące już odsądziło.
Moim zdaniem ani jedna ani druga strona powinna zachować osądy dla siebie do czasu wyjaśnienia całej tej sytuacji. Ale uważam też będąc katolikiem że jeżeli LW był tym kim podają media to naprawde modlitwa mu nic nie pomoże, tylko dobre śledctwo w tej sprawie. Druga rzecz jest taka że więcej jest faktów przemawiających za tym że jednak donosił na ludzi którzy na prawdę mu ufali, a jeżeli tak to powinien ponieść tego konsekwencje pomimo tego co dobrego zrobił. Z dobrych czynów został już rozliczony teraz czas przełknąć gorzką pigułkę.
Hmm hmm hmmm. Modlić się możemy za każdego, pamiętając jednak o wezwaniu „Prawda was wyzwoli”.
Jezus Chrystus sugerował by się modlić za nieprzyjaciół swoich zanim stało się to modne. Akcje ogłupiające w rodzaju „Je suis Charlie” przemielają mózgi w całej Europie. Ja sugeruję by pomodlić się i wesprzeć tych którzy tego potrzebowali i potrzebują a zawsze byli zapomniani. A więc pomódlmy się również za osoby na które Lech Wałęsa donosił, pomódlmy się za stoczniowców, którzy nawet nie chcąc oddali swoje życie obok miejsc w których Lech Wałęsa donosił, pomódlmy się również za osierocone rodziny i za rodziny tych którzy nie zginęli, a w tamtych czasach (i nie tylko) przechodzili gehennę życia codziennego… zwalniani z pracy, wyrzucani na bruk, torturowani, więzieni, inwigilowani…. nawet pogrzebać swoich bliskich nie mogli „normalnie”… gdzie są biskupi którzy modlą się za nich?!!!
Jestem osobą która dożywa pięćdziesiątki. Gdy patrzę na to wszystko co dzieje się wokół Lecha Wałęsy mam poczucie że ktoś chce mi wmówić że to, co przeżywałem w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych ubiegłego wieku było nieprawdą. Ale dla mnie prawdą jest to co wtedy przeżywałem, a nie to, co usiłuje mi się dzisiaj wmawiać z mediów, jak było.
Żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości. Tamtej rzeczywistości nie da się ot, tak opisać, to trzeba przeżyć. Wtedy były w Polsce tylko dwie strony: po jednej stronie stała partyjna nomenklatura, PZPR, a razem z nim nasz niechciany sojusznik – Związek Radziecki, bez którego nie byłoby całego „bloku wschodniego” i tych kilkudziesięciu lat socjalizmu. Po drugiej stronie byliśmy my – ludzie zmęczeni życiem w komunie. Potem zaczęły się strajki w stoczni gdańskiej, i zaczęła się era której nikt się nie spodziewał. Powstał NSZZ Solidarność, który stał się symbolem upragnionej wolności. Do „Solidarności” zapisało się 10 milionów Polaków. Lech Wałęsa był niekwestionowanym przywódcą „Solidarności”. Był postrzegany jako człowiek z Matką Boską w klapie, który przeskoczył przez płot. Był tym, który podpisał porozumienia sierpniowe, było go pełno wszędzie – przemawiał na różnych wiecach, strajkach. W stanie wojennym był internowany… Nikt, absolutnie nikt nie miał wątpliwości, po której stronie stoi. Pamiętam lata 80-te, kiedy wszyscy myśleli, że Związek Radziecki chyba nigdy się nie rozpadnie. Potem były pamiętne wybory, 4 czerwca 1989, i plakaty ze zdjęciami różnych kandydatów „Solidarności” robione razem z Lechem Wałęsą. „Gazeta Wyborcza” nie była tym czym jest dzisiaj. Była gazetą „Solidarności”. Pierwsze numery ukazały się jeszcze przed wyborami 89 (stąd wzięła się jej nazwa – „Wyborcza”). Na każdym numerze „Gazety” znajdował się wtedy napis „Nie ma wolności bez Solidarności”. To było hasło które towarzyszyło nam przez całe lata 80-te. Potem Solidarność pokłóciła się z GW o logo „Solidarności” i to hasło zniknęło z GW (w tym haśle słowo „Solidarności” było pisane tzw. solidarycą).
A potem zaczęła się jazda… Nigdy bym nie przypuszczał, że ludzie związani z podziemną opozycją są tak podzieleni. Walczyliśmy przecież o lepszą Polskę, wspólną, a zamiast tego ujawniła się Polska pełna podziałów, walki o wpływy, o władzę, bez nadziei na porozumienie. Podjazdy, podchody, i walka o poparcie Kościoła. Bo wiadomo, poparcie Kościoła to parę procent więcej głosów. A Kościół zdawał się nie zauważać takiego umizgiwania się, takiej podwójnej gry. I widać do dzisiaj nie zauważa. Mój Boże, myślałem że ludzie Kościoła będą dostrzegać i piętnować zło które dzieje się w polityce, to skłócenie na przykład, dwulicowość, ale to są chyba rzeczy zbyt trudne dla Kościoła. Łatwiej było zająć się odzyskiwaniem majątku utraconego w wyniku komunistycznej nacjonalizacji (świetny element do wykorzystania w polityce, aby przypodobać się Kościołowi), wprowadzaniem religii do szkół (tak samo) czy zakazem aborcji (tak samo). I dziwić się że ludzie nie lubią gdy Kościół miesza się do polityki – gdy wmieszał się w najgorszy możliwy sposób, pogłębiając podziały zamiast im przeciwdziałać.
Gdy myślę o tym wszystkim co dzieje się teraz, towarzyszy mi po prostu uczucie obrzydzenia, a z drugiej strony bezsilność, że nie jestem w stanie zmienić tej historii.
polska jest po prostu smutnym krajem niewiedzacym czego chce komunisci,demokraci ,kosciol,a zawsze panuje tam chaos