Biskup, który zmieni Twój sposób myślenia o: Bogu, wierze i Tobie samym
Czytasz ostatnią stronę, zamykasz książkę i już wiesz, że Twoje życie nigdy nie będzie takie samo. Znacie to uczucie?
Ten człowiek nie owija w bawełnę. Nie ma litości dla wierzących, Kościoła, księży i samego siebie. Tobie też łatwo nie odpuści. Zapnijcie mocno pasy. Może być nieprzyjemnie.
Pierwszy raz usłyszałem go kilka lat temu na adwentowych rekolekcjach u dominikanów w Krakowie. Musze przyznać, że początkowo mnie nie zachwycił. Mówił cicho, bardzo powoli, ważył każde słowo. Trochę mnie nawet irytował. To jest jedna z tych historii, gdzie zaczynamy od – nazwijmy to – niechęci, a kończymy na wielkiej fascynacji. Już drugiego dnia rekolekcji zrozumiałem, że ten facet zmieni mój sposób myślenia.
Znacie go choćby z cyklu na moim blogu „Ryś na niedzielę”:
To był początek mojej „znajomości” z biskupem Grzegorzem Rysiem. Wtedy jeszcze zresztą biskupem nie był. Kilka lat później wpadła w moje ręce jego książka „Skandal miłosierdzia”. To jest jedna z tych pozycji, którą powinien przeczytać absolutnie każdy katolik. Czyta się ją dobrze, ale przyjemnie nie jest.
Ona naprawdę wywraca myślenie o Bogu, chrześcijaństwie, wierze, nawróceniu, religii i Kościele do góry nogami. Polecałem i wciskałem ją moim znajomym prywatnie. Nie mogę też nie zachęcić Was. Jeśli chcecie być świadomymi chrześcijanami i naprawdę zmienić coś w swoim życiu, to chwytajcie za „Skandal Miłosierdzia”.
Kilka fragmentów na zachętę:
Miłosierdzie pozostaje wielką tajemnicą Boga i wielkim skandalem w oczach ludzi. Zawiera w sobie to, z czym mamy największe trudności: współczucie, przebaczenie, nawrócenie. Nie stawia warunków, nie zna żadnych granic. Jest darmowe. Ale jednocześnie jest jak światło, które, padając na nasze życie, sprawia, iż dostrzegamy również to, co jest w nim ciemnością. Jesteśmy zniewoleni. Jesteśmy mordercami. Jesteśmy kłamcami i gorszycielami. Zabijając Chrystusa, zabijamy także samych siebie. To jest naprawdę zła nowina.
Nawrócenia nie da się odłożyć na później. Choćbyś miał tysiąc ważnych spraw, musisz złapać tę jedną chwilę. „Nie martwcie się o jutro – tłumaczy Jezus – bo dzień jutrzejszy zatroszczy się o siebie. Każdy dzień ma dosyć swoich kłopotów” (Mt 6, 34). Bądź gotów teraz, dzisiaj, bo jutro nie do nas należy.
Pozbądźmy się złudzeń: nie ma osoby, która nad tymi wrogami triumfuje. Jesteśmy pobici. Ja także. Raz mocniej, raz słabiej. Ale bywa wręcz tak, że zostajemy ograbieni ze wszystkiego i stajemy się całkiem nadzy. Tak jak nagi był ów pobity człowiek z przypowieści. W czasach i realiach, do których odnosi się ten opis, brak nakrycia dla ciała oznaczał, że człowiek należał do grupy niewolników. Strojem manifestowano bowiem swoją godność, a niewolnicy byli jej pozbawiani, na co wskazywała właśnie ich nagość. Ponieważ staliśmy się ofiarami trzech zbójców, także my zostajemy odarci z naszych szat. A więc, czy chcemy, czy nie – jesteśmy niewolnikami. Jesteśmy na wpół martwi, na wpół żywi. Bo grzech i zło, których się dopuszczamy, nałogi, które nas toczą, zabierają z nas życie. Dopiero, leżąc samotnie na skraju drogi, nadzy i skrzywdzeni, dostrzegamy, że jest w nas rana na ranie.
Kościół nigdy nie pałał hurra-optymizmem w stosunku do człowieka. Chrześcijaństwo ma świadomość, jak dalece człowiek jest wewnętrznie popękany i wie, że droga nauczania (tylko!) cnót nie jest wystarczającą odpowiedzią na ten wyłom. Ludziom z łatwością bowiem przychodzą dobre intencje, ale z trudem podążają za nimi dobre uczynki. Sami nie dorastamy do siebie. Pękamy. Bo jest w nas pycha, chciwość, zawiść, bo w każdym z nas jest nieczystość. Te głębokie rany, jakie w efekcie mamy, w języku religijnym nazywane są zarzewiem grzechu. To żar, który się w nas tli, a który wystarczy podsycić lekkim podmuchem, by wybuchł ogień. Lekceważymy pokorę i dmuchamy w pychę – rana się otwiera, pęknięcie pogłębia. To znowu jest zła, ale prawdziwa nowina: krzywdy, które nas w środku toczą, sprawiają, że w wielu wymiarach naszego człowieczeństwa jesteśmy martwi.
Nikt nie jest dla Boga stracony. Marnotrawny syn, doświadczony upodleniem, stanął wreszcie w prawdzie o sobie. Kwestia, którą przygotował do wygłoszenia, jest tego znakiem. Tego typu gorzki rozrachunek z samym sobą to kluczowy etap w drodze do nawrócenia – tak powinien wyglądać nasz rachunek sumienia. Jednak skrucha to jeszcze za mało. Człowiek nawraca się nie przez to, że sięgnął dna i widząc to chce się wyrwać, ale przez to, że z tego dna podnosi go miłość. „Ten mój syn był umarły, a znów ożył – mówi ojciec – zaginął, a odnalazł się”. Tylko miłość może pokonać śmierć.
Jaka jest według mnie najważniejsza myśl książki? „Wyzwolenie człowieka do miłości – oto nawrócenie”. To jest klucz do zrozumienia miłosierdzia i chrześcijaństwa. Jak to może zmienić nasze życie i od czego trzeba zacząć? Tego dowiecie się z książki biskupa Rysia. Polecam z całego serca.




[…] Przeczytaj też: Biskup, który zmieni Twój sposób myślenia o: Bogu, wierze i Tobie samym […]