Biskup, który zmieni Twój sposób myślenia o: Bogu, wierze i Tobie samym

Biskup, który zmieni Twój sposób myślenia o: Bogu, wierze i Tobie samym

Czytasz ostatnią stronę, zamykasz książkę i już wiesz, że Twoje życie nigdy nie będzie takie samo. Znacie to uczucie?

Ten człowiek nie owija w bawełnę. Nie ma litości dla wierzących, Kościoła, księży i samego siebie. Tobie też łatwo nie odpuści. Zapnijcie mocno pasy. Może być nieprzyjemnie.

Pierwszy raz usłyszałem go kilka lat temu na adwentowych rekolekcjach u dominikanów w Krakowie. Musze przyznać, że początkowo mnie nie zachwycił. Mówił cicho, bardzo powoli, ważył każde słowo. Trochę mnie nawet irytował. To jest jedna z tych historii, gdzie zaczynamy od – nazwijmy to – niechęci, a kończymy na wielkiej fascynacji. Już drugiego dnia rekolekcji zrozumiałem, że ten facet zmieni mój sposób myślenia.

Znacie go choćby z  cyklu na moim blogu „Ryś na niedzielę”:

1623786_270487476449128_120638652_n

To był początek mojej „znajomości” z biskupem Grzegorzem Rysiem. Wtedy jeszcze zresztą biskupem nie był. Kilka lat później wpadła w moje ręce jego książka „Skandal miłosierdzia”. To jest jedna z tych pozycji, którą powinien przeczytać absolutnie każdy katolik. Czyta się ją dobrze, ale przyjemnie nie jest.

Ona naprawdę wywraca myślenie o Bogu, chrześcijaństwie, wierze, nawróceniu, religii i Kościele do góry nogami. Polecałem i wciskałem ją moim znajomym prywatnie. Nie mogę też nie zachęcić Was. Jeśli chcecie być świadomymi chrześcijanami i naprawdę zmienić coś w swoim życiu, to chwytajcie za „Skandal Miłosierdzia”.

Kilka fragmentów na zachętę:

Miło­sierdzie pozostaje wielką tajemnicą Boga i wiel­kim skandalem w oczach ludzi. Zawiera w sobie to, z czym mamy największe trudności: współczu­cie, przebaczenie, nawrócenie. Nie stawia warun­ków, nie zna żadnych granic. Jest darmowe. Ale jednocześnie jest jak światło, które, padając na na­sze życie, sprawia, iż dostrzegamy również to, co jest w nim ciemnością. Jesteśmy zniewoleni. Jesteśmy mordercami. Jesteśmy kłamcami i gorszycielami. Zabijając Chrystusa, zabijamy także samych siebie. To jest naprawdę zła nowina.

Nawrócenia nie da się odłożyć na później. Choć­byś miał tysiąc ważnych spraw, musisz złapać tę jedną chwilę. „Nie martwcie się o jutro – tłumaczy Jezus – bo dzień jutrzejszy zatroszczy się o siebie. Każdy dzień ma dosyć swoich kłopotów” (Mt 6, 34). Bądź gotów teraz, dzisiaj, bo jutro nie do nas należy.

Pozbądźmy się złudzeń: nie ma osoby, która nad tymi wrogami triumfuje. Jesteśmy pobici. Ja także. Raz mocniej, raz słabiej. Ale bywa wręcz tak, że zostajemy ograbieni ze wszystkiego i sta­jemy się całkiem nadzy. Tak jak nagi był ów pobi­ty człowiek z przypowieści. W czasach i realiach, do których odnosi się ten opis, brak nakrycia dla ciała oznaczał, że człowiek należał do grupy nie­wolników. Strojem manifestowano bowiem swoją godność, a niewolnicy byli jej pozbawiani, na co wskazywała właśnie ich nagość. Ponieważ stali­śmy się ofiarami trzech zbójców, także my zostaje­my odarci z naszych szat. A więc, czy chcemy, czy nie – jesteśmy niewolnikami. Jesteśmy na wpół martwi, na wpół żywi. Bo grzech i zło, których się dopuszczamy, nałogi, które nas toczą, zabiera­ją z nas życie. Dopiero, leżąc samotnie na skraju drogi, nadzy i skrzywdzeni, dostrzegamy, że jest w nas rana na ranie.

Kościół nigdy nie pałał hurra-optymizmem w stosunku do człowieka. Chrześcijaństwo ma świadomość, jak dalece człowiek jest wewnętrznie popękany i wie, że droga nauczania (tylko!) cnót nie jest wystarczającą odpowiedzią na ten wyłom. Ludziom z łatwością bowiem przychodzą dobre in­tencje, ale z trudem podążają za nimi dobre uczyn­ki. Sami nie dorastamy do siebie. Pękamy. Bo jest w nas pycha, chciwość, zawiść, bo w każdym z nas jest nieczystość. Te głębokie rany, jakie w efekcie mamy, w języku religijnym nazywane są zarze­wiem grzechu. To żar, który się w nas tli, a który wystarczy podsycić lekkim podmuchem, by wy­buchł ogień. Lekceważymy pokorę i dmuchamy w pychę – rana się otwiera, pęknięcie pogłębia. To znowu jest zła, ale prawdziwa nowina: krzywdy, które nas w środku toczą, sprawiają, że w wielu wymiarach naszego człowieczeństwa je­steśmy martwi.

Nikt nie jest dla Boga stracony. Marnotrawny syn, doświadczony upodleniem, stanął wreszcie w prawdzie o sobie. Kwestia, którą przygotował do wygłoszenia, jest tego znakiem. Tego typu gorzki rozrachunek z samym sobą to kluczowy etap w drodze do nawrócenia – tak powinien wy­glądać nasz rachunek sumienia. Jednak skrucha to jeszcze za mało. Człowiek nawraca się nie przez to, że sięgnął dna i widząc to chce się wyrwać, ale przez to, że z tego dna podnosi go miłość. „Ten mój syn był umarły, a znów ożył – mówi ojciec – zaginął, a odnalazł się”. Tylko miłość może po­konać śmierć.

Jaka jest według mnie najważniejsza myśl książki? „Wyzwolenie człowieka do miłości – oto nawrócenie”. To jest klucz do zrozumienia miłosierdzia i chrześcijaństwa. Jak to może zmienić nasze życie i od czego trzeba zacząć? Tego dowiecie się z książki biskupa Rysia. Polecam z całego serca.

półka-baner