Hołownia zwariował

Hołownia zwariował

Długo się zastanawiałem, czy napisać ten tekst. Dlaczego? Bo powiedzieć, że ktoś zwariował, to nie jest mała rzecz. Doszedłem do wniosku, że jednak trzeba to zrobić. Biorę pełną odpowiedzialność ze te słowa. Jestem tego pewien na sto procent – Szymon Hołownia zwariował.
 
Jeszcze kilka lat temu ten człowiek po prostu mnie denerwował. Irytowała mnie jego cukierkowatość. Niektórzy nazywają go głównym przedstawicielem „pluszowych katolików” – i ja też tak o nim myślałem. No bo co to za niby katolicki publicysta, który skacze z kwiatka na kwiatek, publikuje w „antykościelnych” tygodnikach, gwiazdorzy w telewizji, podważa tezy Cejrowskiego, rozmywa nauczanie Kościoła i w ogóle samo zło. Klasyczny kato-celebryta. Sprzedał się. Niby lubiłem czytać jego książki. Co by nie powiedzieć, facet jednak potrafi zrozumiałym językiem pisać o najważniejszych sprawach. No ale pisanie to jedno, a życie to drugie.
 
To był jednak dopiero początek. Później było już tylko gorzej. Wyskakując na chwilę z chronologicznego labiryntu, przenieśmy się do dominikanów na Służew w Warszawie. 5 listopada. Pełniutki kościół. Ludzie przyszli na artystyczne wypominki. Super scenariusz, fantastyczni wykonawcy (Frąckowiak, Foremniak, Kowalska, itd.,itp.), fajne prowadzenie. Ale jest też drugie dno. Tak naprawdę oni tam przyszli w innym celu – żeby wesprzeć pewne szlachetne (?) dzieło.
 
Zróbmy kolejny mały skok w czasie (tym razem wstecz). Można powiedzieć, że Szymona znam trochę z kontaktów zawodowych. Od jakiegoś czasu dostrzegam na fejsie pewne stale powtarzające się wydarzenia w jego życiu – ten facet nie może usiedzieć na miejscu. Non-stop gdzieś jeździ i lata. Gdzie? W ostatnim czasie głównie na dalekie południe. Ktoś próbuje się z nim skontaktować? Sorry, nie da się, poleciał do Afryki. Zrobić wywiad? Niestety za tydzień. Akurat jest w Afryce. Nagrać materiał dla telewizji? No niestety nie teraz. Znowu Afryka.
 
Kiedy zapytałem kilka miesięcy temu kogoś, czy wie, co się stało Hołowni, usłyszałem, że się zakochał. Poleciał do Kasisi, zobaczył dzieciaki i się po prostu zakochał. Od słów szybko przeszedł do czynów. Zakochanie przerodziło się w miłość. Tak powstała Fundacja Kasisi. Czy tak było naprawdę? Nie wiem. Do mnie te informacje dotarły rykoszetem, ale z wiarygodnych źródeł.
 
Później było jeszcze gorzej. Ludzie w całej Polsce zaczynają gadać, że kiedy zapraszają go na jakieś spotkania albo konferencje, nie ma sensu nawet próbować sugerować mu tematu. I tak zawsze skończy się na jego dzieciach z Kasisi.
 
W krótkim czasie okazało się, że to za mało i tak powstała Dobra Fabryka. Co to za dziwaczny twór?
 
„Nie chcemy lamentować nad tym, że świat bywa zły, okrutny, niesprawiedliwy. Chcemy coś z tym robić. Działamy w myśl zasady R. W. Emersona: „najlepszą metodą walki ze złym światem, jest tworzyć świat dobry”. Przekonamy Was, że jest to możliwe już za pięć złotych tygodniowo. Naprawdę! Dwa pierwsze projekty Fundacji to wsparcie znajdujących się w dramatycznej sytuacji finansowej hospicjum w Rwandzie i szpital w północnym Kongo, prowadzonych przez polskie Siostry od Aniołów”.
 
Szymon Hołownia kompletnie zwariował. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jedyne, co chciałbym od siebie dodać, to że takich wariatów potrzebujemy jak najwięcej.
 
Mówiąc patetycznie – takie szaleństwo to jest właśnie chrześcijaństwo. Mówiąc przyziemnie – dzięki takim szaleńcom możemy małymi kroczkami zmieniać otaczającą nas rzeczywistość. Mówiąc praktycznie – nie każcie się prosić. Weprzyjcie tego wariata.
 
Tak działa Dobra Fabryka:
 

 
A tak działa Fundacja Kasisi: