Sposób na szczęście: spróbuj sam

Sposób na szczęście: spróbuj sam

Piotr Żyłka, Błażej Strzelczyk: Dzisiaj młody człowiek ma problem ze zdefiniowaniem, czym jest szczęście, i znajdywaniem go w życiu. Gdy wczoraj rozma­wialiśmy z Tamarą, to powiedziała nam, że siostra w tym wszyst­kim, w co tu weszła, w życiu z Arturem, z ubogimi, z mieszkań­cami, z rodziną, którą tu siostra ma, ze wszystkimi współpracownikami, jest – cytujemy – cholernie szczęśliwa. Jak to się robi?
 
Siostra Małgorzata Chmielewska: Trzeba spróbować. Może zacznijmy od drugiej strony. Odpowiedzmy sobie, kiedy jesteśmy nieszczęśliwi? A na­stępnie odwróćmy to sobie tak, żebyśmy byli szczęśliwi.
 
To kiedy jesteśmy nieszczęśliwi?
 
Kiedy nikt nas nie kocha, kiedy nie mamy kogo kochać, kiedy nie znajdujemy sensu życia. Oczywiście czujemy się nieszczęśliwi także wtedy, kiedy cierpimy nędzę – nie ubóstwo, tylko nędzę. Ludzie, którzy nie mają co jeść, ludzie umierający z głodu, sorry, szczęśliwi nie będą. Nawet jeśli mają poczucie, że są w rękach Boga.
 
Pan Jezus, gdy umierał na krzyżu, tak po ludzku nie był szczęśliwy. Nie śpiewał „Alleluja i do przodu”. Cierpienie jest czymś realnym. Jesteśmy nieszczęśliwi, kiedy cierpi­my, choć możemy – co nie zmniejsza bólu – nadać temu cierpieniu sens. Niejako przemienić wodę w wino. Ale róbmy to tyko wtedy, jeśli to cierpienie jest nie do unik­nięcia. Jeśli da się go uniknąć – to wspaniale. Nie w tym rzecz, by sobie cierpienia dodawać. Wystarczy to, które nam życie codzienne niesie. I to jest aż nadto czasami.
 
Czyli jeśli to odwrócimy…
 
…to się okaże, że szczęście to przede wszystkim poczu­cie, że się jest kochanym i że się kocha. To daje poczucie wolności. A nieszczęśliwi jesteśmy też właśnie wtedy, kiedy nie jesteśmy wolni. Miłość daje wolność. To nie oznacza zwolnienia ze zobowiązań, wręcz przeciwnie. Ale jest inaczej, kiedy wstajesz rano i wiesz, że to robisz dla kogoś, dla czegoś, a jest inaczej, kiedy nie masz dla kogo rano wstać. Wtedy bywa naprawdę trudno. A nawet można wpaść w depresję.
 
Czy czasem nasze dążenie do szczęścia nie odbywa się kosztem kogoś innego?
 
Jeśli tak, to nie jest to prawdziwe szczęście. Prawdziwe szczęście to jest wolność wewnętrzna, która nie zagarnia drugiego człowieka. Miłość daje drugiemu człowiekowi wolność. Bóg dał nam wolność i to Go doprowadziło do krzyża. Ale – mimo to – nadal nam ją daje. A my ją konsekwentnie źle wykorzystujemy. Stąd są te wojny i wszystko, co człowiek jest w stanie wymyślić. Komory gazowe, tortury, wyzysk. Pan Bóg jednej rzeczy nie może, bo byłby sprzeczny sam z sobą – jeśli Bóg jest miłością, to nie może nam odebrać właśnie wolności. Tu jest pies pogrzebany, proste.
 
W związku z tym dążenie do szczęścia „po naszemu” doprowadza do tego, że jedni uzyskują jakieś pseudo­szczęście kosztem drugich. Albo wykorzystujemy kogoś seksualnie, albo wykorzystujemy kogoś ekonomicznie, albo zabieramy mu jedzenie i wodę, albo ścinamy mu głowę, żeby zabrać mu ziemię. Różne rzeczy robimy. Ale to nie jest szczęście, bo koniec końców okazuje się, że jeśli zdobędziemy te wszystkie nasze pałace, pięć rolls­-royce’ów i władzę, to nadal nie jesteśmy nasyceni. Wo­bec tego świrujemy. Można to obserwować w Internecie. Wielkie gwiazdy, które osiągnęły spektakularny sukces, topią się w narkotykach i alkoholu czy w najdziwniej­szych dewiacjach, nadal rozpaczliwie szukając szczęścia. Milionerzy, którzy koniec końców chodzą w dziurawych skarpetkach i zamykają się we własnym pokoju, bo już oszaleli od tych pieniędzy i nie wiedzą, co z tym zrobić.
 
Nasi rówieśnicy czy troszeczkę starsi od nas mają przekonanie, że szczęście to mieszkanie na zamkniętym osiedlu, pięcie się w karierze zawodowej…
 
I też go nie złapią. Dlatego wpadają w nerwice lękowo­-depresyjne lub też uciekają, oddając się różnym dzi­wacznym uzależnieniom. Bo to nie jest szczęście. Ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie zarabiali i zdobywali dobre zawody. To bardzo dobrze, że ludzie się dorabiają. Ale to dorabianie się nie może  stanowić całego sensu życia, bo się na tym przejadą. Trzeba stale pamiętać o tym, że to jest środek, a nie cel. To jest środek do tego, żebyśmy mogli żyć i żebyśmy ciężko pracując, zostawili sobie czas na prawdziwe ży­cie i na wolność. Również pracę trzeba traktować jako środek, a nie jako cel.
 
Jak to rozumieć?
 
Jeśli jestem chrześcijaninem, to dwadzieścia cztery go­dziny na dobę, bez względu na to, czy jestem menedże­rem w korporacji, prawnikiem, praczką, sprzątaczką, kucharką czy lekarzem, tak naprawdę ciągle muszę walczyć z sobą samym, żeby zachować umiar między zdobywaniem dóbr materialnych a wolnością. O tym właśnie mówił święty Jan: „pożądliwość ciała, pożądli­wość oczu i pycha żywota”. Wiem, że to brzmi strasznie poważnie, ale musimy walczyć, żeby ta pożądliwość po­siadania coraz bardziej nas nie niszczyła, żebyśmy cały czas dbali o właściwy balans i jednocześnie wiedzieli o tym, że największą przyjemność pieniądze dadzą nam wtedy, kiedy zrobimy za ich pomocą przyjemność ko­muś, kto ich nie ma. Wtedy dopiero będziemy szczęśli­wi. To niekoniecznie musi być rozdawnictwo, to może być na przykład radość z tego, że umożliwiłem dziecku ubogiemu naukę, że komuś zafundowałem wakacje, komuś leczenie, a człowiekowi bezdomnemu dach nad głową i możliwość stanięcia na nogi, że dzieci sąsiadów zabrałem na wycieczkę w weekend. I tysiące innych po­mysłów. To tak naprawdę może nam dać najgłębszą i najpiękniejszą radość.
 
A jak ktoś nie ma pieniędzy?
 
A jak ktoś nie ma pieniędzy, to zawsze ma coś, żeby dać. Ma uśmiech, ma życzliwość, ma serce, ma zatroskanie, ma siebie samego. Kiedy idziesz do hospicjum jako wo­lontariusz, nie dajesz pieniędzy. Dajesz siebie samego, swój czas, który mógłbyś spędzić w pubie. Mógłbyś pić piwo z kolegami, z którymi się świetnie dogadujesz, a tu­taj idziesz do człowieka, który pozornie nie ma nic cie­kawego do powiedzenia, który nie będzie dyskutował na temat Tischnera, liberalizmu, kapitalizmu i neotomizmu. Dajesz mu siebie takiego, jaki jesteś, i słuchasz go, i za­czynasz go poznawać. I może się okazać, że nauczysz się więcej niż ze wszystkich uczonych ksiąg. Dajesz mu po prostu siebie, swoją obecność, swój czas. Tak naprawdę najtrudniej jest dać siebie drugiemu człowiekowi.
 

***

 
Fragment pochodzi z wywiadu-rzeki „Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie”, który razem z Błażejem Strzelczykiem przeprowadziliśmy z siostrą Małgorzatą Chmielewską.