Mój brat Jan Kaczkowski

Mój brat Jan Kaczkowski

Często powtarzałem i dalej będę powtarzać, że Jan dawał mi po mordzie i stawiał mnie do pionu, kiedy trzeba było. Chciałbym się z wami podzielić kilkoma rzeczami, które dla niego były bardzo ważne i których mnie nauczył. Za co mu będę zawsze wdzięczny.

Mój pierwszy kontakt z księdzem Janem był czysto zawodowy. Robiłem z nim wywiad o Wielkim Poście i zmartwychwstaniu. Był w słabym stanie. Przechodził kolejną chemię i źle ją znosił. Mimo wszystko, ponieważ obiecał mi, że zrobimy ten wywiad, leżąc w szpitalnym łóżku, rozmawiał ze mną przez telefon i dokończyliśmy robotę. To było dla niego bardzo charakterystyczne. Co by się nie działo, nawet jeśli był w fatalnym stanie i nie miał sił, Jan był dla innych. To nie jest pusty slogan. On naprawdę żył na pełnej petardzie. Pokazywał nam wszystkim, że cierpienie można przeżyć świadomie, nie poddawać się załamaniu, wykorzystywać nawet najtrudniejsze sytuacje do zrobienia czegoś dobrego.

Z czasem poznawaliśmy się coraz lepiej. Kiedy przyjeżdżał do Krakowa, dawał mi znać i szliśmy sobie gdzieś na piwo. To właśnie w trakcie jednego z takich spotkań zrodził się pomysł na wspólne zrobienie wywiadu-rzeki. Był październik 2014 roku. Siedzieliśmy w ogródku przed jedną z knajpek w zaułku niewiernego Tomasza. Tego dnia Jan przyszedł roztrzęsiony. Po chwili rozmowy okazało się, że poprzedniego dnia lekarz przekazał mu wyniki okresowego badania. Były fatalne. W zasadzie był to – kolejny już w jego życiu – wyrok. Usłyszał, że zostało mu naprawdę niewiele czasu.

Po kilkudziesięciu dniach od tego spotkania znaleźliśmy się w Zurychu. Jan, dzięki uprzejmości dobrego znajomego, przechodził tam specjalną terapię, która miała dać mu trochę więcej czasu. Mieszkaliśmy we trójkę pod jednym dachem. Jan, jego tata i ja. Już po kilku dniach spędzonych z nimi, dobrze rozumiałem, dlaczego nasz onkocelebryta był taki jaki był. Inteligencję, błyskotliwość, zdrowy antyklerykalizm, cięty żart, wszystko to miał po ojcu. Również jego otwartość na drugiego człowieka, bliskość, i czułość – do której nas tak często zachęcał – wyniósł z domu rodzinnego. Patrzenie na ich relację było czymś fantastycznym. Prawdziwy ojciec i syn. Czasem oczywiście byli dla siebie bardzo złośliwi, docinali sobie i dokuczali. Ale to wszystko działo się w szacunku i miłości.

Wieczorami siadaliśmy z Janem w fotelach i nagrywaliśmy kolejne rozmowy. Najczęściej było dużo śmiechu i żartów. Na luzie, bez napinania się i księżowskiej, patetycznej mowy. Tylko raz było inaczej. Usiedliśmy do pracy po kolacji, którą zjedliśmy we trójkę. Pan Józef wyszedł na spacer. I właśnie wtedy widziałem jedyny raz w życiu Jana, który płacze. Nie będę przytaczać tego, co dokładnie mi powiedział, bo to była prywatna rozmowa, ale chodziło o wielką troskę o jego najbliższych. Tak, Jan kochał na zabój swoją rodzinę. Ojca, mamę i rodzeństwo. Dla nich byłby w stanie zrobić wszystko. Zresztą działało to w dwie strony. To jest naprawdę niesamowita i piękna rodzina.

Jan miał też pozytywnego fioła na punkcie Eucharystii. Fascynował się liturgią. Szczególnie starymi, przedsoborowymi rytami. Jednego dnia nagle zawołał mnie do swojego pokoju. Kiedy wszedłem, powiedział w swoim stylu, żartobliwym tonem: „Chodź tu krakowski kato-lewaku, może w końcu nauczysz się czegoś pożytecznego”. I wysłał mnie do garażu, żebym przyniósł coś z samochodu. Tym czymś była ogromna, stara księga liturgiczna. Położyłem ją na biurku. Jan otworzył mszał, przewracał kolejne strony i z ogromną pasją tłumaczył mi, dlaczego te wszystkie łacińskie słowa i formuły są dla niego tak ważne. Często powtarzał, że Eucharystia ma dla niego fundamentalne znaczenie. Że jest dla niego źródłem siły. Jeśli miałbym wskazać na jedną rzecz, na której najbardziej mu zależało, to było właśnie to. Chciał wszystkim pokazać, że Eucharystia i Komunia są najważniejsze. Że to w nich powinniśmy szukać zrozumienia i doświadczenia Boga, sensu życia. Taka była jego misja. Tak rozumiał swoje kapłaństwo.

Na koniec lekcja, która była dla mnie najważniejsza. Kiedyś zapytałem go, po co chodził na przykład do programu Tomasza Lisa albo czemu bronił Jurka Owsiaka. Przecież musiał zdawać sobie sprawę z tego, jak to będzie odebrane w wielu środowiskach kościelnych i że spadnie na niego za to lawina krytyki. Jan odpowiadał wtedy bardzo stanowczo. Mówił, że nie obchodzi go, co ludzie będą gadać. Najważniejsze były dla niego dwie zasady, którymi zawsze starał się kierować.

Po pierwsze szacunek dla wszystkich – również niewierzących. Nawet jeśli niektórzy z nich nie mają szacunku dla nas. Mówił, że nigdy do końca nie wiemy, dlaczego ktoś jest niechętny Kościołowi, jaka jest jego historia, co stoi za jego postawą. Może został skrzywdzony, może ktoś mu dokopał (to zresztą znał z autopsji), może nie miał takiego szczęścia jak my i nie spotkał ludzi, którzy sensownie wprowadziliby go w tajemnice wiary. Dlatego zamiast oceniać i potępiać – powtarzał – powinniśmy postarać się być świadkami i szanować tych, którzy idą inną drogą niż my.

Po drugie nieudawanie, że w Kościele są sami doskonali ludzie, że nie mamy żadnych problemów i w ogóle wszystko jest super. Miał do tego mocny mandat, bo sam został ostro przeczołgany przez różne kościelne instytucje i hierarchie. Powtarzał, że kocha Kościół katolicki i to właśnie ze względu na tę miłość nie ma zamiaru udawać, że nie widzi różnych wypaczeń. Nie tolerował zamiatania trudnych spraw pod dywan. I wciąż powtarzał, że chrześcijanie nie mają monopolu na dobro. Dlatego powinniśmy być otwarci na współpracę z niewierzącymi i mieć w sobie na tyle pokory, żeby móc uznać, że wielu rzeczy możemy się od nich nauczyć.

Taki był Jan, którego poznałem. Niewiele osób wywarło tak duży wpływ na moje myślenie, postrzeganie rzeczywistości i życie w ogóle. Kościół stracił człowieka, który był wielkim autorytetem, którego słuchali wierzący i niewierzący. Pozytywne jest to, że straciliśmy Jana tylko w naszej, ziemskiej perspektywie, bo jak sam pisał: „Jeśli Pan Bóg przyjmie mnie do siebie, obiecuję, że na tyle, na ile mi pozwoli, bo to też nie jest takie oczywiste, będę próbował być blisko was”.

***

Pewnie wypadałoby powiedzieć teraz „Odpoczywaj w pokoju”, ale i Ty, i ja doskonale wiemy, że teraz to Ty dopiero zaczniesz żyć na pełnej petardzie.

„Ja nie jestem nikim wyjątkowym i proszę mnie za takiego nie mieć. Jestem najzwyklejszym, błądzącym księdzem i chrześcijaninem, waszym bratem Janem, który często się w życiu gubił. Jeśli Pan Bóg przyjmie mnie do siebie, obiecuję, że na tyle, na ile mi pozwoli, bo to też nie jest takie oczywiste, będę próbował być blisko was. Przepraszam wszystkich tych, których skrzywdziłem, których niesprawiedliwie oceniłem. Proszę o wybaczenie wszystkich, którzy się poczuli przeze mnie dotknięci w tych momentach, kiedy nie stanąłem na wysokości zadania. I chciałem powiedzieć, że nie mam żalu do nikogo. Tak mi, Panie Boże, dopomóż”.